Forum www.kropki.legion.pl Strona Główna www.kropki.legion.pl
Forum gry w kropki -
KLIKNIJ I ZAGRAJ W KROPKI ON-LINE
Zasady gry

 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Kropki vs go cz.3
Idź do strony Poprzedna  1, 2, 3 ... 10, 11, 12, 13, 14  Następna
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.kropki.legion.pl Strona Główna -> Hydepark
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ant22



Dołączył: 21 Lis 2002
Posty: 176

PostWysłany: Pią Lis 07, 2003 4:02 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Radji a tak poza tym bys przyspieszyl troszeczke tempo:)Smile bo nie mam co czytac:)))
Powrót do góry
 
 
Polkolordek



Dołączył: 24 Maj 2003
Posty: 503
Skąd: Gdansk

PostWysłany: Pią Lis 07, 2003 7:38 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

obiecuje ze juz jutro bede gral na onecie wiec elita sie powiekszy
P.S kropki rulezzzzzz Smile
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odcinek(bneiwem który) dajmy na to 15 - "ku miastu"

Pochód konnic skręcil w strone wąwozu, prowadził niewielki odzialek kilku lekko uzbrojonych konnych, którzy zapewne słuzyli jako zwiadowcy, gdyż co chwile ruszali kilkaset metrow p[rzed siebie. Red i patton jechali w środku, w otoczeniu kilkudziesięciu wojaków. Odział konny był duzo więcej niż początkowo myślal sztandar, liczył dobrze ponad dwustu jeźdzców. Od razu wpadl w wir rozmowy z Frankiem, który jak się okazalo był prawą reką dowódzcy tych wojsk, którego zwano John Dots.
- Niebezpieczne to miejsce dla jednego podróznego – zagadną Frank – co cie tu sprowadza redzie sztandarze
- Mam wlasne sprawy, by tedy przejeżdzać
- Wybacz że się wtracam – nieco urazony Frank umilkł
red widząc że sytuacja stala się nieco napieta zagadną z innej beczki.
- te podjazdy, kto to jest, co tu robia.
Frank spojrzal na niego.
- Chronia pogranicza – odpowiedzial – mają za zadanie ochrone granic golandii.
- Skąd więc pomysl by atakowac pojedyńczego jeźdzca który akurat opuszcał imperium
Patton umilkł na chwile i zamyślił się spoglądajac przed siebie.
- Kiedyś – zaczą, red z uwagą zaczą sluchac, mając na uwadze ze jego kompan ma nieco do powiedzenia – kiedyś była tu służba graniczna, potem uzurpator zamienił ją na te wolne podjazdy. Jak wiem nie miał one wiele wspólnego z zawodową armią, ot takie najemne szeregi.
- rozumiem – wtracil Red, Frank charkna i pluna na ziemie – szukali łupu.
- Dokładnie.
- Na początku żyło nam się dobrze- kontynuowal, po chwili – ale potem sprawy się nieco pogorszyły, z jakiegoś powodu te konne szeregi najemne zaczeły najeżdzac i grabić nasze ziemie. Od tamtej pory już trzy wiosny minely, stąd ta wojna.
Red zamyślił się.
- Ten odzial co cie zaatakowal – mówil dalej Frank – wycią nasz konny podjazd kilka dni temu.
- znali się na swoim fachu – czerwony zwrócil wzrok przed siebie.
- A jak że – odpowiedział Patton, nieco glośniej niż kilka chwil wcześniej – tędy myśmy ich ścigali cztery noce, nie chce nic mówić, ale dzięki tobie nieznajomy, udalo nam się znieść ow podjazd.
- Ciesze się ze mogłem pomoc – odpowiedzial Red ze znaną sobie, lekka ironią w glosie.
Nie odpowiedział, wolno i w ciszy kierowali się przed siebie.
- Most Roda – zagadna po chwili Frank, wskazując palcem w strone kamiennego luku zawieszonego nad przesmykiem którym jechali.
- Ładny – odpowiedział lakonicznie czerwony.
- Nasze plemie go zbudowalo wieki temu, za panowania Roda, naszego bohatera.
- Słyszalem o nim – wtracil Red.
Frank spojrzal na jego profil, czerwony mimo że wyglądal jakby ten temat go nie interesowal z ciekawoscią oglądał skalny most. Wjechali pod niego po chwili, tuz za nim wawóz skręcal niemal o dziewiećdziesiąt stopni. Zaraz za zakretem wyraźnie poszerzył się, skały już nie były takie strome, a w oddali już było widac jego koniec.
- Zaraz będziemy na miejscu.
- tutaj nie grozi nam niebezpieczestwo? – zapytał Red od niechcenia.
Frank pokiwal niegatywnie glowa.
- Za wąwozem jest nasza granica, tutaj jeśli zapuszczają się już jakieś odzialy to najczęściej noca, poza tym nikt nie zaatakuję trzystu osobowej grupy.
Zamilkł przgladając się skalnej bramie która miał przed sobą, red również na nia spogladał
- Wykuta ponad trzysta lat temu – zacza Frank.
- ktos mi kiedyś powiedział – wtracił Red – że na pograniczu żyja barbazyńcy.
Frank spojrzal na niego dziwnie i parskną śmiechem.
----
Nie mineło duzo czasu jak wyjechali z wąwozu, kierując się w strone osady. Red nigdy nie widział jak zyja ludy pogranicza, wiele słyszał ale nigdy nie było mu dane ujrzeć ich miast. To co zobaczył przerosło jego wyobrażenia, zdecydowania inaczej sobie wszystko wyobrażał, gorzej. Zaskoczyła go wielkośc osady, która ze wzgórza z którego zjezdzali wyglądała nad wyraz imponująco. Cała osada była otoczona palisada wysokosci, nie więcej jak trzy metry, domy które widzial z oddali nie były drewanine, jak sobie początkowo wyobrażał, stały tam budowle, podobne do tych które staly w Gopolis, budowane z czerwonej cegły. Tak naprawde to miasto niezbyt rózniło się od Gopolis, z tym że było zdecydowanie mniejsze.
- barbażyńskie miasto – powiedział nieco ironicznie Frank.
Red nie skomentował
Powoli podjechali pod bramy, strażnicy na palisadzie dojrzeli sylwetke Franka Pattona i natychmiast otworzyli wrota. Konni jeden po drugim wjezdzali do grodu. Wyprężając się dumnie na swoich rumakach. Wąską uliczka zołnieże skierowali się do dużego baraku, by tam zdać bron i zostawić konie. Frank i Red, po zostawieniu swoich wierzchowcow udali się ku siedzibie wodza plemienia. Szli dobrych kilka minut, mijając zwykłych cywilow i patrolujących miasto wojowników. Co pierwsze rzuciło się w oczy marszałka sztandara była czystość, i świeże powietrze jakie panowało wokół. Gopolis było zdecydowanie brzydszym miastem niż ta tu osada, a opary unosily się wyglądajac jak duża czarna chmura nad miastem.
---
Szli dalej, mineli rzeźbioną w ryby fontanne, której strumień wody unosił się dobre kilka metrow nad ziemią, skwer wokół miał około czterdziestu metrow średnicy. Jednak mineli go szybko, skręcili nastepna ulica w prawo. Teraz przed oczami Reda wyległ jak zza chmur, zamek wodza. Była to chyba najwyzsza budowla w mieście, jej wieże sięgaly kilkudziesieciu metrow, tuz przed wejsciej kilka kolumn utrzymywało betonowy rzeźbiony w rózne ciekawe wzory daszek.
Przyśpieszyli kroku.
Niedługo potem stali już przed drewnianymi mąsięznymi wrotami, wysokimi na dobre pięc metrów, złota koładka i klamka tegoż samego koloru upiekszaly je i wskazywały na fakt że ludzi ci żyja w nielada dobrobycie. Chodz toczą nieustanną wojnę. Reda ciekawił jeszcze fakt braku strażników przed wejsciem, ujrzal ich dopiero wewnątrz, uzbrojonych w miecze.
A wnetrze również robiło wrażenie, poza jedwabymi dywanami, na ścianach widniało mnóstwo obrazow, przedstawiajacych najczęściej postacie, które jak domyślił się Red stanowiły historie plemienia. Nawet świeczniki, których wewnątrz było dosc sporo zdobione były drogimi kamieniami.
Mineli kolejnych strazników, uzbrojonych w halabardy, przeszli dlugim korytarzem i weszli do niedużej bogatej w stojące wokół półki z księgami. Red nie miał czasu by przegladac je, idąc jednak przypadkowo wpadlo mu w oko kilka tytółów, jednak nie to było teraz najwazniejesze.
- Komnata naszego wodza – oznajmił mu Frank – on cie oczekuje.
- A ty nie wchodzisz?
- Miałem cię tu tu doprowadzić.
Kiwną głowa na znak ze rozumie, po chwili pchmą drzwi które otworzyły się cicho.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:27 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odcinek 16 - "Legendarne przejście"

Konie już dawno zostawili za soba, w jednyej z farm, gdzie byli umówieni. Teraz czekala ich piesza wedrowka, ku tajnym przejściu. Było już ciemno gdy ruszyli w droge, a ta miala się ciagnąc przez leśne ściezki. Nie mieli ochoty natrafic na jakieś podjazdy lub straż, ich misja była zbyt ważna by spartaczyć ją w tak glupi sposób. Ale byli oni cholernie dobrze wyszkoleni.
Nie odzywali się do siebie, śzli jeden za drugim, tak cicho, że można było z powodzenie usłyszeć nacichrzy nawet szeles liści i odglosy wieczornego świerszcza zagubionego gdzieś w trawie. Leśna droga wiła się to w prawo to w lewo, jednak szli tak jakby znali droge.
- Jesteśmy na miejscu – głos Muslimka wyłonił się z pół mroku, wstrzymujac pochód. Dowódca rozejrzał się, wejście dojrzał szybko, mimo nadchodzących ciemności i zielonych krzewow, którymi ow wejście było ukryte. Zabrali się za otwieranie, Thoor i Ademir, rwali chwasty, na zmiane z Radosavem i Nerdsem. A była ich cala masa, jeden na drugim, widac było że ów przejescie dawno temu było używane.
Wreście gdy slońce już niemal zaszlo, a ziemie zaczely pokrywać mroki, udało im się przedrzeć przez zielona ganicę. Ich oczom ukazały się drewniane na pierwszy rzut oka soldne wrota.
- A więc to prawda – wycedził Muslimek.
- Mowil pan cos generale – Avalasch zawiesił na nim wzrok.
- Nie – skłamał Muslim – bierzmy się za to – dodal po chwili – Thoor, rozwal tą kłudke – wskazał na już dobrze zardzewiaałą metalowa kłudkę, wiszacą na środku drwi.
---
Thoor tylko kiwna glową, na znak że rozumie. Po czym zamachna się i cisną toporkiem, który zawirowal w powietrzu i ze szczekiem przecia swym ostrzem metalowa pokrytą rdza kludkę.
Radosav podszedl wolnym krookiem do wrót, chwycił je i pociągną, te rozwarły się.
- Alez smród – przykrył nos, skrzywiając się nieznacznie.
A śmierdziało, chodz nie tak, jak by wynikalo z grymasy Radosava.
- Masz pochodnie? – Muslimek zwrocił się do Menjiego.
Morderca wyją z plecaka cztery drewniane pochodnie, które po chwili zabłysly żółto czerwonym promieniem
- Ruszamy – muslimek chwycił jedna pochdnie – Ferrigas przodem, Ant i korgan tyły.
Korytarz, chodz zbudowany przed wiekami, trzymal się nad wyraz dobrze, chodz droga prowadzącego, borąc pod uwage że szli przez krolestwo pajaków, a raczej przez ich wielkie biale miasta, nie należalo do najprzyjemniejszych. Pajeczyny były co kilka kroków, i były tak rozległe że można by podziwiać tę orginalną konstrukcje, ale z pewnością nie teraz.
Szli cały czas prosto, tunel nie posiadal żadnych zakretów, więc pod tym względem można by być zadowolonym., a sama droga zajeła im dobre pół godziny, i jak się spodziewali w tej części planu nie spotkali zadnego wroga.
---
- Koniec, panie generale – ferigas stał przed ścianą, do ktorej przyczepione były metalowe kołki, tuz nad nim widoczne były, choć przykrywala je jedwabna nic pajecza mosięzna drewniana klapa. Muslimek podszedł do niego i jak on skierowal wzrok ku górze.
- Tu się zaczyna nasza misja – skierowal wzrok w kierunku grupy, poczym znowu zwrócił go na klapę.
Wszedł na drabinke i uchylił wieko. Zaskrzypiało, duzy czarny pająk wyskoczył, ale ukrył się, jakby wiedział ze nie jest to bezpieczne miejsce w tej chwili. Kilka szczebelków i Muslimek był na gorze, reszta grupy, jeden za drugim ruszyła ku niemo.
Stali teraz w jakieś komnacie, wokół panowal mrok, oświetlany wyłącznie, jaskrawo zóltym promieniem pochodni.
- Czarno jak w dupie – basowy glos Thoora wylonił się zza pleców Muslimka.
- Skąd wiesz? – zapytał ironicznie, wchodzacy wlasnie Avalash. Nie spodziewal się odpowiedzi i jej nie dostał.
Gdy nastepny Nerds postawił krok na górze, Muslimek wląsnie rozglądal sie po pomieszczeniu.
Było ono bardzo zaniedbane, od razu można było zauważyć, że nikt tu dawno nie był. Ustawiona jedna przy drugiej szafki wypchane były tomami ksiąg, poza tym stały tam jeszcze jakieś buteli i sloiki, w niektórych znajdowały się jakies przetwory, ale teraz nikt nie miał zamiaru tego sprawdzać. Nieco dalej na drewnianym malutkim i okraglym stole stały dwie świece, których wysokość wykazywala ze były już niejednokrotnie palone, poza tym wosk marszczył się u ich podnuża.
- generale! – Mejin wyrwał Muslimka z ciekawości oglądania ów pomieszczenia.
- Słucham – odpowiedział zwracając się w jego kierunku.
- tu jest wyjście – jaskrawy promień pochodni Mejiego oswietlal coś na krztal drzwi, na których widniała jedynie srebrna, okragla kołatka
W tym momencie na górze byli już niemal wszyscy, poza Antem i Ademirem, więc Muslimek przecisna się miedzy grupą, by stanąc obok Mejina.
- Jak to działa... – nie skończył zdania jak morderca pociągną kołatke, drzwi jednak nie otworzyły się zwyczajnie w jedną strone, ale jak mechaniczne, zgieły się w pół. Od razu dopadła ich fala innego powietrza, i promień światła oraz wielki huk, jakby cos upadło na podlogę.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:29 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odcinek 17 "Moim przeznaczenie jest zginąć za kropkoreligie, a twoim? "

- Mowie ci stary, ale była jazda – młody Demir Stein niemal halabardy nie wypuścił z reki, tak targało nim podniecenie – Tak ją zerrznełem, powiedziała mi że nigdy nie miała takiego ogiera.
Nieco starszy Angelo Mair przytakna jedynie, wszak wiadome było że Demir miał żyłke do kręcenia opowiastek, nie berz kozery dostał ksywe bajkopisarz. Nie lubił z nim stac na warcie, ale rozkaz to rozkaz, cieszył siie że warta wypadł mu w wielkiej komnacie krolewskiej, a nie przy bramie grodu, gdzie było dośc chlodno.
- Chwycilem ja za wlosy – młodzik lewa reką pokazał jak ją chwycił za włosy – i przystawilem to swojego generałka – tak Demir nazywal swojego kutasa, miało to związek z ilościa kobiet które przeleciał, chodz i w te opowiastki malo kto wiezył.
- Acha – wtrącił lakonicznie Angelo, na znak że nieco go slucha, chodz miał ochote powiedzieć zamknij się.
- I zaczeła mi ciągać – kontynuował – dobra w tym była stara kurwa, wiesz nie mowie że nie miałem lepszych, ale ta była naprawde zajebista. Tak z pięć minut minelo jak wystrzeliłem.
Smiech na jego twarzy nie znikał, Angelo był niemal pewnien że jego halabarda zaraz uderzy z hukiem o betonowa podlogę, nic jednak takiego się nie stało.
Mair od niechcenia również uśmiechną się i zawiesił wzrok na stojacej naprzeciwko czerwonej płachce, która zwisała wysoko z sufitu, widniał na niej propożec rodu generała Leszka Soldana, przedstawiajacy bialego orła w otocznie czterech czarno – białych pionów.
Patrzyl na niego przez chwile, Demir ucichł widząc ze jego kompan niesłucha kontynuacji jego powieści i spojrzal w tym samym kierunku, ze znakiem zapytania nad glowa.
- Co jest Angelo? – zapytał wyrażnie zaciekawiony, zaciekawieniem swego towarzysza.
Mair nie odpowiadał, tylko wpatrywal się w strone wielkiej czerwonej płachty. Nagle ta z hukiem urwała się i z jeszcze większym szczekiem uderzyła metalowymi zawiasami o podloge. Obaj strażnicy wzdrygneli się gdy im oczom ukazały się wrota, które nie widziane wcześniej wygląddaly jakby pojawiły się na betonowej ścianie.
- Co jest kurwa? – mlodzik stał jak wryty.
Nagle z ów przejscia wyskoczył Mejin, szybko dostrzegł strażników. Zaklną pod nosem i chwycił broń.
Zaraz zza jego plecow wyskoczyli Muslimek i Thoor, ten ostatni nie czekał długo, zawina toporkiem i cisna w strone goistów. Broń świsnela w powietrzu i wbiła się w drewniane drzwi, za plecami strażników, tuz obok skamieniałego ze strachu Demira, z oddali usłyszał on ciężki bas Thoora.
- Kurwa mać!!!
Ruszyli w ich stronę, Thoor z toporem obosiecznym w reku, Mejin i Muslimek z mieczami. Strażnicy bynajmniej nie mieli ochoty, wykazywać się nadmiernych bohaterstwem, mieli drzwi za soba więc czym prędzej pozbyli się zbednego bagażu do biegu, to jest halabard i rzucili się do ucieczki.
- Musimy ich dorwać!!! – krzyk Muslimka mógłby obodzić niedzwiedzia z zimowej drzemki.
Wtedy na sali pojawił się już Avalash, szybkim ruchem napią łuk i wystrzelił, ale i on nie miał szczescia, a może to uciekając je mieli, strzał wbiła się w drewniane drzwi, tuz obok topora Thoora. W tym momencie strażnicy już byli za nimi.
Wybiegli na korytarz, jednak goistów już nie było widac, kilkoma ślusami przecieli go jak strzała. Było ich pięciu, Muslimek, Mejin, Thoor, Avalash i Ademir, który szybko zorientowal się co jest, albo co może być grane na ich niekorzysc, reszta dopiero pojawial się w sali, ale szybko startowali ku nim.
Piątka najszybszych wpadła na kolejne drewniane drzwi, wpadli i oniemieli, bo tego się nie spodziewali.
---
7 dni wcześniej.

- Tutaj – glos Lreszka Soldana przerwał tak nagle milczenie, że jeden z idacych za nim strażnikow aż wzdrygną się.
Jednak generał po chwile ucichł rozgladając się po duzym pomieszczeniu, które robiło za biblioteke, wszak nie bez kozery była to największa kolekcia ksiąg w całym imperium. Zwrócił wzrok w strone balkonu okalającego pomieszczenie, ciągna się on przez cała ścianę wokół, poza tym cale pomieszczenie zawalone było księgami, to grubszymi to cieńszymi, na srodku w niedużych odległościach od siebie stały drewnane mosiężne stoły, okalane krzeslami jak by specjalnie do tych stolów dopasowane.
- Panie De Cure – zwrócił się do jednego ze swoich oficerow, cały czas rozgladając się po pomieszczeniu.
- Slucham panie generale – głos oficera de Cure’a był niski, acz dosc pewny i stanowczy.
Soldan zwrócił wzrok w jego kierunku.
- Chce – zacza – by w tym pomieszczeniu rozlokowal pan pięćdziesieciu swoich ludzi, a nastepnym pomieszczeniu stało kolejnych piędziesieciu.
Oficera wyraźnie zaskoczył dziwny rozkaz generała
- Ale po co?
Soldan przeszył go zimnym spojrzeniem.
- Oficerze De Cure – zaczą ostro Soldan – chcial bym aby moje rozkazy nie były podważane, czy się rozumniemy
Oficer nie odpowiedzial, tylko skina glową, na znak że w stu procentach rozumie słowa Leszka Soldana i nie ma zamiaru z nim polemizować na ten temat.
Generał odwrócił się na piecie i ruszył w strone drewnianych mosiężnych drzwi, ustawionych miedzy szafkami zawalonymi książkami. Otworzył je, wychodząc na korytarz, przeszedl go kilkoma krokami i otworzyl nastepne drzwi. Cały czas mając za sobą grupke żołniezy z oficerem De Cure’em na czele
Po chwili staną w progu wielkiej komnaty, naprzeciw niego w odleglości kilkunastu metrow wisiał ogromny czerwony proporzec. Nie mógl go nie poznac wszak było to godlo jego rodu. Wielki biały orzeł, otoczony czarno – białymi kropkami.
- Oficerze! – krzykna, tym razem strachliwy żołnież był na ów krzyk gotowy.
- tak generale?!
- Tu postawicie dwóch strazników, rozumiemy się.
- tak jest – tym razem już bez zbednych pytan De Cure usłuchał rozkazu.
- Możecie więc wziąśc się za wykonywanie moich rozkazów – odwrócił się na pięcie i ruszyl w kierunku powrotnym, dopiero teraz wychodząc z grupy strażników dołączył do niego Alamo, jego prawa reka.
- Skąd ten niepokój generale? – zapytał gdy przechodzili przez pierwsze pomieszczenie, pełne ksiązkowych zbiorów.
- mam zle przeczucia co do tego budynku.
- Można wiedzieć czemu.
- Kiedyś – zacza całkiem spokojnie – było tu przejscie...
- Slyszalem – wpadl w słowo Alamo – to dlaczego nikty go jeszcze nie odkrył.
General uciszył go gestem, zwracajac wzrok w jego stronę.
- Wole być ostrożny – odpowiedzial równie spokojnie jak przed chwilą.
- W sumie racja – potwierdził alamo.
Reszte drogi ku wyjściu mineli juz w ciszy.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:36 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Ognia – krzyk ukrytego za stołem goisty rozległ się po pomieszczeniu. Bełty świsneły w powietrzu i pomkneły w strone kropkowiczów. Jakim cudem żaden z piatki nie dostał, tego nikt nie wie, chodz refleks i opanowanie jakim dysponowali zpewnościa się do tego przyczyniły, że ich flaki nie rozpłysły się po betonowej posadzce.
Muslimek z Thoorem uskoczyli na pobliskie schody prowadzące na balkon, który wokół okalał sale, jednak byli tam dobrym celem, więc czym predzej skoczyli ku górze, padając tuz przy ścianach.
Mejin , Avalash i Ademir zdołali umknac za drzwi, które z hukiem po chwili zamkneli.
Nie trudno było zgadnąć że sytuacja dwójki pozostalych, którzy nie zdolali umknąć z ów sali bibliotecznej nie była za dobra. Oboje leżeli co prawda na balkoniku, przycisnieci do scian, w miejscu gdzie teoretycznie nie mógl ich trafic żaden pocisk, ale sytuacja i tak była nieciekawa. Thoor trzymal mocno toporek, gotów do ewentualnego pchniecia nim w atakującego, muslimek rownie mocno ściskal swój miecz.
Jednak to na co czekali nie pojawiało się, ich wróg tez bynajmniej nie miał ochoty wychodzić z dobrych pozycji tuz za powywracanymi stołami.
- Co robimy Muslimek – glos Thoora zwykle basowy i pewny siebie, tym razem był cienki i strachliwy.
Muslimek nie odpowiadał.
Thoor przeklną pod nosem plugawie.
- wychodzcie! – rozlegl się nagle krzyk jednego Goisty
Thoor znów skierowal wzrok w strone generala licząc że ten cos wymysli.
- Wyłazić szczury! – krzyk ponowił się, był jednak tym razem donośniejszy.
Nie zdażyl jednak uslyszec odpowiedzi, gdyz drzwi naprzeciw niego wylecialy z hukiem uderzając o betonowa posadzke, kilka metrow od swej dawnej pozycji. Wszyscy jak jeden mąz skierowali wzrok w tamtym kierunku,a oczom im ukazal się widok nieco dziwny.
Drewniane drzwi których wysokośc sięgała niecałych osmiu stóp, szły jak by nogi im kto dorobił i chodzić nauczył. Lecz ten widok nie był tak fantastycznym zjawiskiem jak można by mniemać, kropkowicze idacy za nim z całych swych sil te drzwi przed siebie pchaly, zasłaniajac swe pozycje przed strzalami łuków swych nieprzyjaciół
Goisci pedem ruszyli do ładowania swych kusz, do ponownego wystrzalu. Jednak w tym momencie wyskoczył zza drewnianych drzwi Avalash i... zaczeła się rzeź. Strzala jedna za druga świstaly w powietrzu siegając swych celow, niczym okrutna machina która szybkościa swych pocisków rowna się najwiekszej broni bogów. A strzał tak szybko z kołczanu wyjmowane na cieciwe w mgnieniu oka nachodziło, by po chwili swymi grortami zanurzyć się w ciałach swych wrogów.
Muslimek i Thoor nie czekali na zaproszenie, „Krol topora” cisna trzymanym dlugo w reku toporem w jednego z przeciwników, trafił prosto w glowe rozlupijac czaszke goiście. Inni rónież chwycili po broń.
Wokół zaczela się jatka, jedenastu przeciw stu staneło, chodz łucznik Avalasch już nieco wysiewu w tej grupie dokonał. Muslimek i Thoor ruszyli wzdłóz balkonu, natrafiając na pietrzacych się tu zołnierzy.
- Zaczeło się – krzykna, a glos jego wrócił do normy. Chwycil mocniej topur i pognal w strone wroga mając po prawicy Muslimka.
Tymczasem na dole już zaskrzypialo zelazo, już polala się krew. Dokonywala się rzeź.
Ademir, radosav, nadja i Korgan wpadli w zwartą grupe broniacych się goistów, których tylkie szeregi starały się napiać kusze. Wpadli i dokonali mordu. Ferigas mając u boku Nerdsa i Anta dopadł do drugie grupki, pod balkonem, tam gdzie powywalane były tomy ksiąg razem z szafkami.
Avalash również nie próżnował, jego mordercze strzały dokonywały krwawego mordu.
---
- Thoor!!! – krzykna Musliemk powalajac ostatniego z obecnych na balkonie
Thoor ledwie usłyszal jego krzyk z tumultu walczących. Zwrocił wzrok w jego stronę.
- Co!!! – odkrzykną. Muslimek odczekał chwile i podszedl do niego, ta chwila była bardzo wazna, bo gdyby Thoor był w szale bitewnym mogłby przez przypadek ciąc swego generala.
- Słuchaj, musimy się przedrzeć, trzeba opanowac bramę. Nie mamy czasu, jesli walke usłyszy miasto stanie przeciw nam.
- Co mam zrobić?
Muslimek rozjerzał się wokół, oceniajac sprawnie sytacje, a ta bynajmniej nie była za ciekawa. Gości zaciekle bronili wyjścia i chodz wielu z nich padlo to jednak i grupie kropkowiczów wyrządzili male kuku, w osobie Ferrigasa, który przeszyty włócznią opadł na ziemie, stratowany przez doskakujących wrogów. Również Nerds z rozlupana czaszką osona się na posadzke zabarwiajac ją przy tym wymyślnie.
Nagle zza plecow walczących żołniezy z godlem go, wyskoczyli nastepni, uzbrojeni we włócznie, miecze, topory, halabardy, katany, wiekiery, maczugi i inne narzedzia ktorimi nie problem było zadawac rany. Nowa grupa wraz ze skrwawiąną starą, szybko wypchnela kropkowiczów w głab pomieszczenia. Zaczeła się walka, a raczej pojedyńcze starcia, gdzie umiejętności liczyć się zaczeły, a te z pewnościa staly po stronie kropkowej grupy.
- teraz thoor, musimy się przedrzeć – krzykna Muslimek – teraz przedżemy się – dodał i skoczył przez barierke w największe zamieszanie, „krol topora” nie widząc innej mozliwości skoczył za nim.
Wpadli wśród szeregi wroga, okute buty Thoora zmiarzdzyły jakiegoś Goiste, ich broń zaswistała. Ustawnieni plecami do siebie zaczeli atakować, ciąć, zabijać. Krew ponownie zabarwaijła ich ubrania i twarzy, czloki latały w powietrzu, jak kamienie rzucone w gore, opadajac po chwili.
Gdy się nieco opanowali, ruszyli w stronę wyjscia, thoor wpadl na jednego goste, rozłupijąc mu żebra, Muslimek wykręcil się w pół obrocie i zasiekał atakującego przeciwnika, chroniąc flanke partnera. Szybkosaprowal nastepny cios i przeszyl przeciwnika. Trzeci zaatakowal szybko, Muslimek wywina szybko w paradzie by odbić atak, gdy nagle atakującego wycielo z butów do tyłu, jakby metalowym pretem w głowe dostał. Obrocił się na chwile za siebie, zobaczyl avalascha, który stojac na drewnianym stole ciągle szył z łuku, chodz strzal mu powoli brakowało.
Przy pomocy miecza i topora przedarli się, wpadajac na wrota do nastepnego pomieszczenia, za nimi wypadlo kilku ludzi. Jeden od razu dostał toporem w bebechy, a drugiego Muslimek skrocił o glowę. Nie walczyli dalej tulko ruszyli w kierunku drzwi wejściowych. Dwoch goistów którzy zdołali wypoaśc za nimi, już miało naladowane kusze, celując w plecy swoich ofiar, jednak w tym momencie, obaj padaja martwi. Gdy z drzwi wybiegaja Ademir i Radosav, tnąc zaraz nastepnych, których nieszczesciem było być w tym miejscu o tym samym czasie.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:41 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wypadli na zewnątrz, miasto zalegały ciemności. Stali gdzieś miedzy budynkami, biblioteka w ktorej toczyła się walka, z zewnątrz wyglądala mało imponująco, od zwykły budynek, jedynie wyróżniała go wielkosć. Nie mieli ochoty dostrzegac szczegółów, chodz nawet jeśli by chceli to ciemnosc przysłaniała je nad wyraz dobrze.
Niemal skoczyli z betonowych schodów i wbiegli w wąskie uliczki miasta, wokół panowala cisza, chodz przerywana od czasu do czasu krzykami trzeźwiejących lumpow, donośnym mialczeniem kota, oraz barowemu zgielkowi początku weekendu.
Mineli to, chodz ow dzwieki zdawały się ich gonić, jednak ich to najwyraźniej gowno obchodziło. Po chwili wbiegli na duży plac, obiegli go kierując się cieniami budynków i znów wbiegli w ulice. Muslimek znał droge, tędy prowadził. Thoor bez opamietania biegł za nim. Sciskajac w reku poplamiony czerwienią topór, zastanawiajac i uświadamiajac sobie co chwile, że ten ból w nadgarstku to mocno trzymana przez niego broń.
Nie zastanawiali się długo, gdy na ich drodze staneło dwoch uzbrojonych strażników z mieczami. Nim ci zdołali zastanowić się ktoz to na nich szarżuje, zaczeła się walka, a raczej egzekucja. Trafiony toporem w glowę pierwszy strażnik nawet nie zdołal zaskrzeczeć, drugi coś zacza mówić, ale nie dokończył nawet pierwszego wyrazu, klinga miecza Muslimka przejechała po ciele ofiary, przez prawe pramie az po lewy bok. To tylko na chwile zwolniło ich tempo, niezmordowanie biegli ku bramom. Które wedle pamieci generala znajdoała się tuz za widzianą już z oddali kamienica.
------
- Za kropki – zdołał znaleźdz chwile na okrzyk Korgan, nim rozchlastał nadbiegajacego goiste.
Tuż za nim, w odlegl;ości niecałych dwóch metrow Mejin ciął swego przeciwnika, z nijakim okrzyku na ustach. Gdzies na pietrze tlukli się Ademir i radosav, ramie w ramie, jak dobzi druchowie z tej samej kompani, aczkolwiek nieprzepadali za sobą. Teraz jednak nie to się liczyło.
Wysoki barczysty Goista z toporem w reku wpadl nagle na nadbiegajaca Nadjie. Dziewczyna nie czekala tylko chlasneła go przez gardlą. Następnego goiste nadbiegającego do brzydkiej kobiety rozchlastał Avalash swym krotkim mieczem, któremu strzaly włąsnie przed chwila się skończyły. Ant tymczasem ruszyl w strone drzwi wyjsciowych, atakowany przez kilku strazników, zwolnił nieco tempo, lecz po chwili przedarł się i z hukiem wypadl na zewnatrz. Za nim, jak piorun wylecialo kilku goistow, szybko otaczając krpkowicza.
Ant Killer zakręcił mieczem nad glowa, by po chwili położyć pierwszego przeciwnika. Teraz tu przenioslo się pole jego bitwy.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:47 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Dziesięciu – przeliczył Muslimek, którego wzrok był nad wyraz dobry nawet w nocy.
- Tedy co robimy szefie? – zapytał cięzkim basem Thoor – wyglądając cichcem zza kamienicy, za która się znajdowali.
Muslim zamyślił się, acz odpowiedzial dośc szybko.
- Masz – powiedział, wyciągając z cholewy sztylet z plaszanym kastetem przy rekojeści – ciśniesz nim w strone atakującego, gdy ja siegne po broń.
Thoor spojrzał na niego, nieco zdziwiony.
- jak to, a co potem?
- Potem to już jak chcesz, albo idziesz za mna, albo zostajesz.
„Król topora” wyszczerzył zeby
- A już myślałem, ze pan generał nie chce mnie wziąśc ze soba.
- Chyba nie bierzesz mnie za samoluba – odpowiedział i równie szeroko się uśmiechną.
Wstał po chwili i wyszedł za rog, Thoor szybko zają jego miejsce, przy kancie kamienicy, wyglądajac przy tym zaciekle, acz ostroznie. Muslim wolnym krokiem kierował się w strone strażnicy, miecz który już niejednego rozcharatał ów dnia, przelozony był teraz przez plecy i czekal na nastepna sposobnośc walki w reku generała.
- Kto idzie - ciezki glos rozlegl się z mroku. Uzbrojony w kolczugę i hełm zółnierz, chwycił oburacz włócznie gotowa do ataku.
Stojący za nim kolezkowie również nastroszyli piórka do ewentualnej obrony przed ów nieznajomym. Tylko podoficer Erik Manlo zachowal spoków, jego miecz dalej zlozony był w pochwie, tuz przy skórzanym pasie.
- Kto idzie! – zapytał ponownie ów strachliwy oficer, coraz mocnie chwytajac debową włócznie.
Nieznajomy szedl dalej jakby nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, jakby glos strażnika nie dochodził do małzowiny jego ucha.
Był tuz przy nich, jak sięgną błyskawicznie broń i skoczyl na nerwowego rozmówce. Atak był tak szybki,.że tamten, mimo że gotowy był na taka ewentualnośc, nie zrobil nic. W tym momencie w powietrzu świsna sztylet, nastepny goista padl martwy, a ziemia już chlupała jego krew. Dopiero teraz spokojny do czasu podoficer Manlo sięgna po broń.
Zakurzyło się.
Thoor wpadl z walczacych, wymachujac toporem i powalajac jednego z goistów, reszta na chwile odskoczyła, jakby niepewna swego dalszego dzialania, jednak kropkowicze wiedzieli co dalej robić, skoczyli ku nim, rzucając się jak jastrząb na ofiarę.
-------------
Ant killer stał w środku, na oklepanej już dobrze ziemi, trzymal miecz oburacz, czekajac na ponowny atak. Tuz obok pietrzyły się trzy ciała których zdołał wcześniej połozyć.
Twarze atakującech zresztą jak i jego samego wykazywaly wydatne zmeczenie, a ich pot lekkimi ciurkami spływał z mokrej już w calości twarzy. Z tego włąsnie powodu ich skóra świeciła w świetle otaczajacych ich zewsząd pochodni,z zawieszonych na długich na kilkanaście stóp słupach.
Atakujący krązyli sposobiac się do ataku, trzech połozonych przez kropkowicza goistów znacznie oddalały atak. Który i tak winien nastapić.
I nastapił.
Ant odskoczył, unikajac, zaatakował, przecią tętnice przeciwnika. Do trojki dolaczyl nastepny martwy goista. Ant w tym czasie skoczyl ku nastepnemu, serią ciosow zmusił go do obrony, a ta okazala się zakończyc gdy goista cofajac się dotkną plecami muru, jednego z pobliskich budynków. Nad drzwaimi którego zapisany duzymi literami, wyraz mówil :
Fryzjer, tanio się ostrzyżesz, nie zatniemy przy goleniu i spowodujemy że twa skóra będzie gladka. Wszak umierajacy nie mógl ow wyrazu przeczytać, ale nawet jeśli mógl, zapewne nie bardzo by go zainteresował. Wszak był łysy i miał dluga chodowana przez lata brodę.
Nim Ant zdołal zwrocić wzrok w stronę dwoch pozostalych przeciwnikow, ci już padali pod ostrzami Ademira i Radosava, którzy pojawili się, jak to zwykle pojawiaja się bohaterowie, niewiadomo skąd.
- Koniec? – zapytał Ant, gdy krew ostatniego goisty zalała pobliskie chodniki i ulice.
- Tak – odpowiedział Ademir, wycierajac rękawem swej skórzanej, naćwiekowanej kurtki, twarz.
Killer zwrócił wzrok w kierunku drzwi, w których pojawiły się z wolna sylwetki Korgana, z przepaska na oczach. Avalasha, ze swym wiernym przyjacielem, tędy krotkim łukiem i Mejina, którego z jakiejsc przyczyny zwali mordercą.
Brakowalo wśród tej grupy nadjii, która miała nieszczęscie wpaśc pod wlócznie jednego z goistow, a ten z koleii, chwile później miał nie fart nie uskoczyć przed ciosem Ademira. Brakowalo również ubitych wcześniej Ferrigasa i Nerdsa.
- Rudszamy ku bramom – krzykna Radosav, ale na tyle cicho by usłyszało go niewielu, wszak towarzystwo było niewskazane.
Reszta grupy, zapomniala już o triufowaniu wygranej, ruszajac za Antem, który wyrwal pierwszy.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pon Lis 24, 2003 2:48 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odcinek 18 - "plan"

- Słyszeliscie wieści – Over podszedł do grupy, która ukrywala się w cieniu wielkiej wierzby, posadzonej niedaleko lasu, przy którym to lesie popasała ich armia.
Polkolordek zwrócił wzrok na jego twarz, przyslaniajac nieznacznie prawa reką oczy. Ronież Banitka wykazala istotne zaciekawienie, banitka ktorej odział co prawda stacionowal nieco dalej, ale znalazla czas by przyjśc i powypoczywac razem z bersekerami.
Oboje jednym churem odpowiedzieli.
- nie.
- Powiadaja że idziemy na Gopolis.
- wiedziałam – wpadla w słowo banitka, mowiłam Qzawju, ale ten dureń nie wiezył. Mówił co ty pieprzysz mała, na wojence się nie znasz.
Polko wzrószyl ramionami.
- Tędy wiemy gdzie walczyć będziemy – odpowiedział spokojnie.
- Ale – zacza over, a głos miał nieco inny, niepewny – ale na taką twierdze, przecie nasz tu jest ledwie cztery tysiące.
- I ja tak myśle – mówiła banitka – dlatego trzymali to w tajemnicy, Gopolis jest twierdzą, nifgdy nie zdobytą.
- Co wy pieprzycie – Przerwał ostro Polko – z historii nie znacie, jak Godfryd III Zdobywca oblegał Tarres, miasto na obrzerzach Cheesworldu.
- Godfryd miał przy sobie armie elitarną – wtracił Over – a Tarres to nie Gopolis.
- Ale w sile jedynie czterech tysięcy – Polko zachowywal spokój, co dziwilo pozostalych, wszak zwykl ostro podtrzymywac swoje argumenty.
- Godfryd posiadal w swych szeregach armie która rozbiła by na otwartym polu dziesięcio kroc wiekszą siłe – do rozmowy wlączyl się czwarty glos, nalezący do wysokiego barczystek, co u bersekerow było normalne, męzczyzny. Na plecach ow Szwarceneger miał przeżócony wielki obusieczny topór, o wielkości ostrza, nie mniejszym niż tablica reklamowa jednego z burdeli w Gopolis, a ta można zobaczyc z bardzo daleka.
- A my – Nerwy Polkolordka już wracały do normy, czyli zacza się robić bardziej nerwowy – co my tu mamy Kazzer – zwrócił się do nowego głosu, wstajac z ułożonej wcześniej leżanki.
Kazzer wyszcerzyl swe żółte zęby, poszerzajac swe wydatne usta przy tym.
- Nie mamy tu nawet Mazinqourt – odezwal się Over.
- Dobrze mówią – cienki glos banitki brzmiał nieco śmiesznie, przy cięzkich basowych glosach bersekerów.
- Tedy dalej jestem zdania, że jesteśmy w podobnej sytuacji w jakiej znalazł się Godfryd, ze swa armią.
- Racji ci nie przyznam – Over podszedl do drzewa i usiadł - ale przyznac musze że Godfryd miał nielada talent strategiczny.
-A jakże – znów odezwal się Kazzer, wyraźnie zaciekawiony tematem – toczył wtedy wojne z trzema mocarstwami.
- Mów dalej Kazzer – Over wyraźnie zainteresowal się tematem, zauważajac przy tym że berseker coś nie coś o nim wie.
- Wymanewrowal wtedy połaczone siły Cheesworldu i Goistów, rozbijajac armię Wielkiego księstwa Scrablle pod Cichymi polami. Potem ruszyl przed sibie, zdobywajac twierdze za twierdzą, gdy doszedl do ostatniej, czyli do Tarres, miał jedynie cztery i pol tysiąca, zaprawianych w boju zołnierzy. Zaloga Tarres liczyl dobrze ponad trzy tysiące,. Godfryd ruszyl noca, na połnocna ściane, która była praktycznie nie obstawiony, gdyz tylko tam plynela szeroka na pięć metrow fosa. Krol Warcabników nakazal zbudowac wcześniej wielkie drewniane mosty, tak by przeciwnik nie widzial robót. Potem ruszył, gdy przeciwnik zorientowal się o co biega, na murach było już dobrze ponad tysiac żołnierzy, twierdza padl doslownie w godzine później.
- heh – skomentował Over.
- Myślisz Kazzar – zaczą po chwili Over – ze dowództwo ma cos w zanadrzu.
- Sugerujesz, ze oni sugerowali się podobną historią.
- Może...
- Zobaczymy – odezwała się nagle banitka – może już zdobyliśmy miasto.
---------
- Ile czasu mamy trzymać bramę – Ant skulony na murze, trzymal oburącz kusze skierowaną w ciemnośc.
Korgan ziewna, ukazując swoje nierowne żeby, i miejsca w których takowych brakowalo i chodz miejsc tych, było niewiele, to dalo je się zauwac.
- Mieli stać pod murami nad ranem.
- jeśli dojda – Ant wyjrzal za mury, spoglądając na drogę, otoczoną zielona łaką. W oddali było widac las, który w połaczeniu z nocą i jej odgłosaami, wygladał; przeraźkliwie.
- Jeśli nie – Korgan podniusl na chwile opaske, która przykrywala jedno z jego oczu. Ant zwrócil wzrok w tamta stronę, nie dojrzał jednak nic, gdyz Korgan szybko schował ranę – jeśli nie – powtórzył – to trza będzie wiać.
- gdzie wtedy bys wiał Over nieco rozluźnił się i przysiad opierajac się o murek.
Jednooki zamyślił się.
- pewnie do Scrablle, nigdy tam nie byłem.
- Scrablle, tak daleko – Killer spojrzal na swoją kusze od niechcenia.
- czemu nie, jak tułaczka to tułaczka na calego – odpoweidzaił – a ty – dodal po chwili.
- Ja?
Korgan skoną głowa, na znak ze rzeczywiście chce się dowiedzieć, gdzie jego kompan będzie walczyl jeśli armia kropkowiczow zostanie rozbita po drodze.
- Do warcabników – odpowiedzial po chwili.
- Eee – skomentowal Korgan – byłem tam trzy lata, fakt świetni to wojacy, ale luksusow tam nie uświadczysz. Wiesz ze ich kobiety na zime nie myją nóg.
Ant parskną.
- Powaznie – kontynuowal – mowią ze to coś z religia związane, wiesz jeszcze jak w miescie to co innego, ale na wsi, chodza po blocie, a potem z tym brudem do łózka. Mówię co stary w zime to tylko samogwałt uprawiac, nie wiem jak ty, ale ja mam świra na punkcie czystości.
Ant skomentowal tyko parsknieciem
- To znaczy, wiesz – ciągną Korgan – wojna dla Warcabników to rzecz święta, a broń przekazywana jest pokolenia na pokolenie, przez wzgląd na to warto było walczyć w ich armii. Kiedyś staneliśmy na polu przeciw czterokroc większymi silami Cheesworldu. Nikt nawet nie pomyślal by się cofnąć i wygraliśmy wtedy.
- czemu więc, nie panują juz nad światem.
- Trafne pytanie – Korgan obrzucił go spojrzeniem pelym podziwu, chodz nieco przy duzym na tak niedużą bystrość – myslalem nad tym i doszedlem do takiej tezy. Otóż u nich nie ma czegoś takiego jak wycofac się, wola zginąć, niż ucieć z pola bitwy, a czasem przez wzgląd strategiczny lepiej jest zebrać armie i stoczyć bitwe na swoich warunkach. Stąd czasem miast się cofnąć z przegranej bitwy oni ida w bój tracac przy tym setki zołniezy, ktorz zamiast ginąć w przegranej bitwie mogli w połaczeniu z druga armią rozbić przeciwnika gdzie indziej.
- Czyli, sadzisz ze gdyby wmówić im, ze czasem warto się cofnąć, to wtedy stworzyl by armie która zdolna by podbic świat.
- wiesz – Korgan pogladził paro dniowy zarost na brodzie – caly świat, to trudno powiedzieć, ale na pewno Cheesworld z którym tocza wieczną wojne, bylby teraz o polowe mniejszy.
- Nauczmy więc ich się cofać.
- To nie takie proste – odpowiedział powaznie Jednooki – jak będziesz miał mozliwosc walczyc wśród ich szeregow, tędy obaczysz o czym mówie.
- Dobrze, więc pójde za twa radą i będę zwarzał na kobiety.
Korgan znów pokazał swemu rozmówcy kilka ubytków.
- Nagle zza bramy zarzal koń – rozmówcy zerwali się na rowne nogi, celujac swymi kuszami w strone z ktorej dobiegal ow wrzask. Po chwili zobaczyli jak wrota otwieraja się powoli, a jeździec wjezdza do srodka. Obaj szybkim krokiem podbiegli do schodow i zaraz znaleźli się na dole. Tuż 0przy bramie. Konny w tym czasie był już na ziemii i wital się muslimkeim, obok stał również Ademir i Radosav. Ant szybko dostrzegł, ze jeździec procz standardowej kolczugi, miał również na sobie herb kropkolandii. Podeszli tak by moc slyszeć rozmowe.
- Generale, armia jest w drodze, będzie tu nad ranem.
Muslimek skina glowa.
- jak widzisz – powiedział – i my mamy miasto w rydzach, wróć i powiedz Bestowi żeby wkroczyli nad ranem, gdy słońce zacznie wschodzić. Wtedy otworzymy brame, na razie nie ruszamy się z miejsca do waszego przybycia.
- Rozumiem generale.
- jedz więc, nie czekaj, czas to konford na który nie możemy sobie pozwolić.
Goniec oddal nalezne honory i wskoczył na swego rumaka, pociągna lejce, koń okrecil się w miejscu, wolno opuścił miasto, w oddali co lepiej słyszacy mógl jeszcze usłyszeć galop.
- Chyab będę musial poczekac z tymi Warcabnikami – zwrócił się do Korgana Ant.
- Zapewne – odpowiedzial lakonicznie jednooki.

c.d.n. niedlugo
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pią Gru 05, 2003 12:08 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odcinek 19 "Gopolis czy Fretown?"

- Wstawaj Polkolordek – Over mowil szeptem, poszturchujjąc co chwile, śpiącego na ziemi bersekera.
Polko otworzył powoli oczy, przecierając je przy tym. W ciemności ledwie ujrza;l twarz budzącego.
- Co jest? – zapytał śpiacym glosem.
- Zbieramy się, dowodcy dali rozkaz, nie ma czasu.
Polkolordek wzia głeboki oddech, przeciągna się, z dlugim, głosnym ziewnięciem i zerwal się z ziemi na rowne nogi, tak szybko jak piżmoszczur na widok zbliżajacego się drapieznika. Chwicił lezacy obok długi obosieczny miecz i przełozył go sobie przez plecy.
- Gotowy – zapytał Over, poprawiajac czarny skórzany pas.
Polko kiwna głowa na znak że tak, chodz nie był jeszcze do końca gotowy do marszu, świat senny jeszcze pulsowal w jego glowie. Jednak ruszył za kompanem.
- Wczesna pora – powiedzial gdy zrównal się z nim krokiem.
- Niewiem dokładnie co jest grane – Over nie zwrócił uwagi na stwierdzenie kolegi – kazali zebrać się, na polanie, na skraju lasu.
Mineli kilka drzew, z których częśc wyglądala imponująco noca. Potem przeskoczyli nad gromadą mrowek, które nawet noca nie proznowały, by po chwili, tuż za wielkim debem, którego gałęzie dumnie rozpościerały się ukazując swa wielkośc, zobaczyli wielka polana. Polana, z ktorej można było ujrzeć miasto, zapełnona była wysokimi, barczystymi mezczyznami z bersekerskiej kompanii. Którzy czekali na wiadomosc, która lada chwila miała nadejść. Częśc z nich, których wzrok nie popsół się jeszcze, przez zbliżająca się starość, oglądała miasto, z najpiekniejszej pozycji i najlepszej ku temu porze dnia. Można było ujrzeć, okalajace miasto mury, wznodszące się na wysokości dobrych kilku metrow, tuz za miastem płynela rzeka, zwala się ona Mistery, od nazwy jednego z goistów, Wincenta Mistereya, który to wieków temu osiem, mianowany na burmistrza Gopolis, rozciagna jego zasięg az po brzegi ow rzeki. Tędy to ku pamięci zmieniono nazwe rzeki, z rzeki czarnej, włąnie na rzeke mistery. Zbudował również kilka mostow, na rzecze, jednak te zostaly zniszczona w pięćset lat później, po wielkiej bitwie nad zbutwialymi Powami, gdzie szachownicy roznieśli armie Goistów, a ta w popłochu wycofala się do gopolis. Wycofując się, spalili wszystkie mosty, by tym samym nie pozowlić wrogowi, na szturm z tej strony. Ostatecznie Szachisci wycofali się, a ich krol podpisal pokój, na dobrych dla siebie warunkach. Spalone mosty jednak, nigdy nie zostały odbudowane.
Z oddali widac było jeszcze dachy domow, ustawione się jeden, przy drugim i nic nie rózniące się od siebie. Oraz zamek, duża okazala konstrukcje w środku miasta. Była ona okalana, własnymi murami, tworząc druga linie obrony, przed nacierajacym. Owe mury nigdy jednak nie były wykorzystane, gdyż malo komu przychodzila ochota, oblegac miasto, a jeśli już komuś naszla, to najczęsciej potoki ich szturmów, zatrzymywaly się na pierwszej tamie.
- miasto z pod ziemi – Zwrócił się Over, do jeszcze nie trzeźwego, po wczesnym wstawaniu Polka.
- Co?! – ten nie zrozumiał przenosni Overa.
- Legenda glosi, ze gdy pierwsi zalozycie Golandii, staneli w tym miejscu, jeden z nich powiedzial ze tu powstanie stolica naszego państwa, wtedy z pod ziemii wyloniło się gopolis.
Polko spojrzał na niego dziwnie, prawa reką przetarl oczy, spojrzal na miasto i odpowiedział spokojnie.
- Co za głupoty.
Raimondas szybkim, pewnym krokiem staną przed szeregami, rozluźionych bersekerów. Ci nawet nie ustawili szyku, wiedzieli że general raimondas tego nie wymagal. Aczkolwiek przez wzgląd na kulture uciszyli się i spojrzeli w jego strone.
- Witam!!! – krzykną, grupa odpowiedziala hurem, na znak ze tez wita generala Raimondasa.
Raimodnas staną dumnie, trzymając ręce zlaczone za sobą. Tego nauczył się przez ten czas, od którego został generalem, awansując ze stopnia dziesiętnika. Nie nauczył się tylko jednego generalskiego przyzywczajeniu, gdy mowil stal w miejscu, a nie jak wiekszosć jemu podobnych chodziła wzdłóz calej lini swego wojska.
- Wiem że nie od początku było powiedziane czemu zmierzamy w tym kierunku i jakie sa plany akcji. Teraz mogę was zapewnić że plan udal się w stu procentach. Przed wami rozciąga się panorama stolicy, naszego fretown. Wolnego miasta. Nie będziemy szturmowac stolicy, miasto już jest w naszych rekach – dopiero teraz żolnieze zapomnieli o obowiazku ciszy przed generałem i zaczeli szeptać, jakby byli pierwszymi lepszymi mlodymi, którzy niedawno dotkneli kling swoich mieczy, opamietali się jednak po chwili.
- Nad ranem – kontynuował - wkroczymy do miasta, to jest dokladnie za niecalo godzine. Z rozkazu dowództwa, po wkroczeniu za mury, nakazano by rozbić się na grupy i wyprowadzić wszystkich mieszkańcow, na glówna ulice miasta. Ludnosc ta zostanie wyprowadzona z City, ci którzy będą chcieli walczyć pod naszym sztandarem, będą wcielani do szeregów. Tych należy przetransportować na główny plac Fretown.
- jeszcze jedno - dodal po chwili raimondas – z rozkazu dowództwa zabrania się gwałtów, kradzierzy, demolki i wszystkiego co niegodne jest prawdziwego żołnierza.
- A co nie jest godnego prawdziwemu zołniezowi? – szepną żartem do Overa Polko.
Ten nie odpowiedział.
---------
- Idą! – krzykną Thoor, wskazują palcem prawej reki w strone, gdzie szereg przy szeregu szła wolna kompania, doścwiadczonych wojakow, pod którym sztandarem również Ozawju i Banitka szła.
Ant również spojrzal w kierunku, wskazywanym przez swego kompana.
Po drugiej stronie wrót, również na murach stali, wpatrzeni w ciekawy widok Ademir i Avalash. Ademir wysuną kciuk do góry, kierując owy znak do stojącyh naprzeciw wojaków. Ant odpowiedział podnoszac miecz ku gorze.
Tuz za wolną kompanią, z mgły wylonił się luźno idacy odział wielkich i szerokich bersekerów. Jedni trzymali bron przelożona przez plecy, inni luźno zalozyli sobie miecze za kark, trzymajac ostrze lewa reka, a prawa, trzymajac ich rekojęśc, oczywiście, topory było cięzej w takiej pozycji zalozyć, dlatego ci co posłógiwaliu się ta bronia, trzymali ją, z reguly przerzucobną przez plecy.
Nie było tylko idac nowej kompani, czyli kompani żółtodziobów, która do miasta przez wzgląd na to ze sluzyli tam mlodzi idealisci, ktorych nielatwo by było zatrzymać przed ewentualną rzeźią mieszkańców. Wejsc miała godzine po wkroczeniu reszty powstańczej armii.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pią Gru 05, 2003 12:09 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Konny gnal na połamanie karku, przez polane, w oddali, dzięki nie przeciętnemu wzrokowi widzial już obóz, nad którymi trzepotały sztandary z godlem go. Wykręcil szeroki lukiem, i ruszył w tamtym kierunku. Przeskoczyl po drodze pień starego spróchnialego drzewa i już nzalazl się na drodze.
Do obozu wpadl po chwili, nie zwalniaja prawie wogole tempa, wpadł miedzy żołniezy, omal nie tratując młodego chłystka, który w ostatniej chwili uskoczył, przed śmiercionośnymi kopytami. W oddali slyszal bluzgi, kierowane w jego stronę. Jednak mimo że jego ponad przeciętny słuch wyłapywal co niektóre obelgi. Jeździec nie zwracal na nie najmniejszej uwagi.
Niemal stoczył się z konia, gdy staną w kilkanaście metrów od namiotu głównodowądzącego, generała leszka Soldana.
Biegiem rzucil w tamtym kierunku. W otoczeniu zdziwionych i wpatrzonych weń wojaków.
Zapewne wpadl by do namioty, ale stojący przed wejsciem strażnicy zatrzymali go trzymanymi w rekach halabardami.
- Wazna wiadomosc do genrała Soldana – powiedzial przeciągle, przełamując cięzki oddech.
Z wnętrza rozległ się krzyk
- proszę go wpuścić. – krzyk ów nalezal do samego generala Soldana.
Halabardy rozsuneły się, tworząc przejscie dla gońca, ten niemal wpadl do namiotu, kontynuując jakby po pauzioe swój bieg.
Wewnątrz procz głowno dowodzacego stal jeszcze Alamo, przeglądający mapy, rozstawione przy malym stole w rogu namiotu.
- generale – wysapal goniec – Kropkowicze zdobyli Gopolis.
Alamo który wczesniej nie interesowal się gońcem, teraz skierowal wzrok w jego kierunku.
Leszke Soldan którego twarz była dośc spokojna, a on sam czuł się wyluzowany, teraz zdecydowanie nabrał kolorow, a uśmiech zastapil wyraźny grymas niezadowolenia.
Posłaniec widząc że general nie może znaleźdz słów, sam zdążył z odpowiedzia.
- Dwa dni temu, nad ranem armia kropkowiczów, wkroczyła do miasta przez otwarte wrota – zmęczenie już powoli ustepowalo, toteż goniec mówił pewniej i wyraźniej – sam ledwie uciekłem z miasta, i czym predzej przygalopowalem tutaj.
Soldan powoli uspokajal się po poczatkowym szoku.
- Wiadomo ci jak to się stalo?
Goniec kiwną glowa przeczocą.
- Nie mam pojęcia.
- Jak to - wykrzykna general – kropkowicze zdobywają najwieksze miasto Golandii, bez przelewu krwi, a wam nie wiadomo co się stalo. A może jakiś czart ich wspomagał.
Soldan podniusl się z miejsca i podszedl do gonca.
- Nic mi nie wiadomo generale, to się stalo tak nagle, nie miałem czasu by cokolwiek zrobić – głos miał nieco poddenerwowany – ledwie z życiem uszlem.
Soldan wzią dwa głębokie wdechy, uspokajając się przy tym.
- jak ci na imie żołniezu?
- Tyrmand.
- Idz więc coś zjeść i przespać się, Tyrmandzie, szanuje żeś tak szybko popędził z przekazaniem mi wiadomości. Twe zasługi będą wynagrodzone.
- Dziękuje – odpowiedział Tyrmand, odsalutowal i wyszedł.
Soldan jeszcze przez chwile patrzył jak poslaniec wychodzi, przepuszczany przez dwóch halabardników stojacych przed namiotem.
- Jeśli nie kłamał, to mają nad nami siedem dni przewagi – odezwał się spokojnie Alamo.
Soldan zwróciuł wrok w jego kierunku, zakładajac ręce na piersiach.
- d mnie oszukał – powiedzial nie zważając na słowa Alamo – co on kombinuje, chce się bronić na murach, na co on liczy.
- Może czegoś nie wiemy.
Soldan obszedl biurko i siadł na swoim krześle.
- Alamo – odezwał się po chwili – kaz zebrac ludzi, zaraz wyruszamy, nie możemy dawać więcej czasu wrogowi. Pusc przed armią gońcow, niech jadą pod mury, i przysyłają mi wiadomosci, musimy na bierząca wiedziec co się dzieje.
Alamo pokiwal glową.
- A uzurpator? – zapytal po chwili.
- Uzurpator nie musi wiedzieć co się dzieje.
- Rozumiem.
- Wieczorem wyruszamy, będziemy szli cała noc i nastepny dzień. A teraz bierz się do roboty Alamo, nie ma czasu. A tego gońca awansujcie. Acha i wieśc że ruszamy do Gopolis niech zostanie tylko miedzy nami i generałami dywizji.
Alamo znow pokiwal głową i wyszedł.
Soldan rozluźnij się, sięgając po butelke burbone. Pociągną z niej solidny łyk, spowrotem schował. Po chwili wstał i również wyszedł.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pią Gru 05, 2003 12:10 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Cześć Ant – Over przylożył reke do czoła, zakrywajac przy tym nieznośne slońce.
- Tak się wykonuje rozkazy – odpowiedzial Killer, by po chwili usiąśc naprzeciw nim.
Over przeciągna się, podniusl na chwilie glowę, by po chwili polozyć sie znowu na czerwnej ścianie juednej z kamienic. Leżący obok Polkolordek leżal nieruchomo, uśmiechajac się co chwile glupio.
- Fajne miejsce – powiedział Ant – o tej porze cięzko znaleźdz cien, macie talent do tego.
Polko parskną.
- Nie tylko do boju trzeba mieć doświadczenie, niech sobie inni zapierdalają, mi tu dobrze.
- Wiedziales o tej akcji z Gopolis Ant – zapytal po chwili Over, przy akomaniamencie glośnego piardu Pololordka.
Ja te miasto zdobywalem kolego – nie bez dumy odpowiedział Killer.
Over zerwal się nagle razem z Polko.
- Jak to?
Ant wyszczerzył żeby.
- To dluga historia – odpowiedział nieco ironicznie.
- nie pierdol – właczyl się do dialogu Polkolordek – opowiadaj.
- Włąsnie, mow. Do wieczora jest dużo czasu.
- Dobra – Ant usadowił się w jak najlepszej pozycji – było nas jedenastu....
---------------
- Zakazali zabijac, chedozyć, demolować, kraśc, ale czemu tędy wpuścili nas do miasta przed zmrokiem ,reszta armi weszła nad ranem – bulwersowal się Dzarol.
- Może dlatego bysmy nie zdązyli tych zakazow zlamać – odpowiedział idacy obok niego Leokles
- A inni, ci bersekerzy to wyglądaja jakby tylko do lamania tych praw byli stworzeni – Dzarol pomasowal ramie, które bolały go od czasu, gdy przyszlo nocowac mu na twardej ziemii.
- Ci Bersekerzy byli kiedys zawodowa armią – mlodzik przybral mentorkski ton – Over mi mówił że to był kiedyś trzon armii kropkolandii.
- Dla mnie to i tak wszyscy wyglądają jak zbóje.
- Ciszej idioto – wtrącil się do rozmowy Gerlok, idacy w ciszy za nimi – jak by to jaki berseker uslyszal to by cie zkarcił.
- Pieprzenie – nie zwrocił uwagi na ostrzeżenie Dzarol – oni sa w mieście, my jak widzisz jeszcze do niego idziemy.
- Ale ktoś może usłyszeć.
- Co ty tak w portki srasz Gerlok?
- Po prostu nie chce sobie robić wrogow
- Włąsnie Dzarol – Odezwał się Leokles – coś ty się ostatnio taki odważny zrobił. Od kad cie Qzawju wychwalił żes niezly szermiesz wywyzszasz się jak cholera.
Dzarol tylko prychna.
- I tak wszystko zweryfikuje bitwa.
- A zwereyfikuje – odpowiedział Dzarol.
Nikt przez kilka chwil nie miał nic do powiedzenia więc szli w ciszy. A raczej wś®od akompaniamentu uderzanych o ziemie podeszw podkutych butow.
Tuz przed nimi w odleglości około stu metrów rozstwierała się duża mosięzna drewniana brama miasta, w strone ktorej zmierzali. Na murach dostrzec można było już godla kropkolandii, które płyszczaly na zbrojach żołniezy. Widac było katapulty oraz ogromne kusze, które na pięćset stop swe pociski ciskaly, wszystko to na murach wyglądalo może niezbyt imponująco, ale miało tworzyc efektywna broń, przeciw zbliżającej się armii.
Zupełnie inny widok można było dostrzec, przy zachodniej bramie miasta, tam zamiast armii, szla w długiej na kilka kilometrow, kolumna mieszkańcow, wysiedlanego miasta. Kolumne owa tworzyli ludzi, którzy nie mogli nosić broni i walczyć. Były więc tam kobiety, ciągnące, albo niosace swe male dzieci, a także starcy których lata chwaly były już dawno za sobą.
- Szkoda mi ich – odezwal się Gerlok
- A mnie nie – wzruszył ramionami Leokles – jeszcze kilka lat temu, krzyczeli obelgi przeciw kropkarskiej społeczności fretown. Chcieli wywalić z miasta każdego Kropkowicza.
- Wiem – odpowiedział spokojnym głosem Gerlok – ale to jeszcze bardziej poglebi konflikt miedzy nami a nimi.
- A co cie oni obchodza – włączyl się do rozmowy Dzarol.
- Nic – Gerlok, zwrócił wzrok w kierunku bramy miasta – ale jestesmy na nich skazani, fretown nigdy nie będzie miastem jednego narodu, Golandia nigdy nie będzie pozbawiona kropkowiczow, a jeśli powstanie Kropkolandia nie będzie pozbawiona Goistow.
Dzarol zamilkł, Leokles kiwną glowa.
- W tym się z toba zgadzam – odpowiedział – że jesteśmy na nich skazani, ale czy mamy siedziec cicho, gdy oni morduja naszych pobratymancow, gwalca nasze kobiety i okradaja nasze domy.
- Nie mogę powiedzieć że mnie to nie boli, ale to niezmieni nic jeśli będziemy uznawać ciągle zasade krew za krew, to nas doporwadzi do ciąglej wojny.
- Racja – Leokles starł pot z czoła – ale teraz musi być wojna, teraz nie możemy zrobić nic, by pokojowo rozwiązać konflikt. Jesteśmy zkazani na łaske naszego oręża, i na zwyciestwa, i na generalów którzy nas prowadzą.
- I na śmierć uzurpatora – wtracił Gerlok.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pią Gru 05, 2003 12:10 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Maly pokoik umeblowany jedynie w łózko, mała szafke tuz przed oknem, oraz wieksza szafe, który aktualnie była pusta, oświetlala jedynie mala świeca ktorej knot powoli dochodzil do końca. Jednak pozwalała ona na dostrzeżenie czegos, w czasie gdy światło sloneczne ukryła za soba płachta nocy, poza tym księzyc świecił dosc jasno, przez otwarte okno w malym pokoju na pietrze jakiejsc kamienicy. Noc była dość ciepla i cicha, co w Gopolis, było czymś niespotykanym, szczególnie w kamienicach w centrum miasta. Miasto zostalo jednak wyludnione co kompletnie zmienialo postać rzeczy.
- Przytulne mieszkanko – nieco nizszy niż standardowy glos rozlegl się w malym, przyciemninym pokoiku, z miejsca w którym znajdowalo się łóżko.
- Ładne – stwierdził lakonicznie drugi głos, pochodzący z tego samego miejsca.
Kobieta wstala z łóżka, była kompletnie naga, włosy lekko splywaly jej na kark. Miala lekko zadarty nosek i nieduże, aczkolwiek wyraziste usta. Była kobietą o ktorej mówiony że nie jest idealnie piekna, ale ma cos w sobie.
Prawa ręka podniosla ściece i przyłozyła jej plomień do obrazu wiszaceg nad mała szafką.
- kobieta która urodziła wiecej bachorów niż ja mam włosow na... – zawachala się – głowie –powiedziała drwiącym tonem wptraując się w wizerunek kobiety w śrenim wieku, ktorej gabaryty mogly by przypominać gabaryty niedużego slonia.
Over parskna z cicha.
- Chcialbys dmuchac takiego kasazlota – dodała po chwili, odwrtacając się w jego strone, jej nieduże piersi błyszczaly w świetle palącej się swiecy – założe się że nikt jej nie bzykal od dobrych kilkunastu lat.
- Może niekturzy takie lubią – wtracil berseker, układajac się bokiem i kładac glowe na rece, ktorej łokiec oparty był na łózku.
Banitka uśmiechnela się calkiem ładnie.
- Za to ty uwielbiasz grube, wyobaź sobie mnie z brzuchem, feee, widze że bym ci się nie podobala, sama bym się sobie nie podobala.
- Może mąż tej kobiety kocha tak mocno ją, że nie sprawia mu to żadnej rożnicy.
Banitka parskneła glośno, na tyle glośno że wrobel który siedzial na parapecie zerwał się i odlecial.
- Za to ty wiesz dużo o milości, pewnie nie jedna rznełes jak się nie widzieliśmy, zreszta wzajemnie, i mi cięzko jest wytrzymac w celibacie.
Over nie odpowiedzial, w sumie Banitka miała racje, ciężko jest wytrzymac w celibacie.
- Zauroczenia sa jak – urwała na chwile – jak dym na rozchulanym wietrze – kontynmuowala – pojawiają się i szybko znikaja.
- ładnie powiedziane – wtrącił Over.
- Nie wiem skąd mi to przyszlo do glowy.
Dziewczyna podeszła do łózka, usiadła na podlodze i połozyla ręce na miękkej poscieli, wpatrując się swymi duzymi zielonymi oczami w postac Overa.
- pamietasz moment naszego poznania – zapytał – co cię wtedy ruszylo.
Banitka wzruszyła ramionami.
- nie wiem, może krótka chwila slabosci, a może mialam chetke – odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
- A może się mylisz, może to mialo być coś wiecej.
Znowu się uśmiechneła, ale nie drwiąco, tylko ładnie i mile.
- To się okaże, wtedy oboje będziemy wiedziec co to było i oboje zrozumniemy czy to była miłosc.
- A jeśli wtedy już będzie za późno.
- Wtedy na pewno będziemy wiedzieli ze to była miłość.
Ucichła i przyłozyła swoje wargi, do jego, łącząc się w dlugim pocałunku. I wszystko zniknelo, bo w takich chwil nie ma prawa mącić nikt.
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Pią Gru 05, 2003 12:15 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Młody miałeś przynieść coś do picia, a co ty masz – głos Polkolordka był tak donośny, że niemal nie pozrywal pajęczyn, które w rogach pokoju, pozakładaly sobie pająki.
Mlody Gerlok stal w progu nieco zaskoczony, ale nie wzruszony krzykiem bersekera.
- A co przyniusl młody – odezwal się siedzący w rogu pomiesczenia, na drewnianym, duzym krześle Ant.
- jakieś zioła – odezwal się polko.
- nie jakies, tylko ziola do palenia – odpowiedzial spokojnie Gerlok.
- czemu się więc wsciekasz Polkolordek, dobrze że wogole cos przyniusł.
Berseker już nie skomentował, Gerlok wysypał ziele na stojace na przy ścianie biurko i wyciagna wielka na łokiec drewniana fajke. Koniec zapchal przyniesionym zielem i podpalił zaciagając się mocno. Potrzymal chwile dym w plucach i wypuścil, podając fajke siedzącemu obok Leoklesowi, młodzik palił jużwcześniej, co było widac na pierwszy rzut oka, perfekcyjnie więc zaciągną się i podal fajke Ant killerowi.
- palisz Polko – zapytał Ant gdy już wypuścił dym z ust.
- Pieprze to wasze gówno, ide poszukac jakiejś flaszki – w czasie gdy slowa te wypływaly z jego ust, Polko stal już w progu drzwi wyjsciowych. Nie mówiąc już więcej nic, wyszedł.
Fajka przeszla przez usta każdego obecnego, trzy razy. Male pomieszczenie zadymiło się już, nieco, a obecni wewnatrz jego ludzie, siedzieli w ciszy delektując się dymem pulsującym w płucach.
- Ant – zapytał Leokles, wpatrzony w blady sufit, poprzecinany czarnymi krzywimi liniami.
- Co?
- Uważasz ze ta wojna, jest zalezna od uzurpatora, myslisz ze gdyby go zabić to było by po wszystkim.
Gerlok zwrócił wzrok w stronę Anta, czekajac odpowiedzi, Ant spowazniał.
- Antagonizmy miedzy nami, a nimi były od wiekow, od czasu kiedy Emiel Kropkowicz, pierwszy raz staną naprzeciw Goistow.
- Czyli myslisz....
- Wiesz – przerwal mu Ant – to uzurpator zacza wojne, ale wojna była nieunikniona. Jeśli nie zrobił by tego on zrobił by ktos inny.
- kim jest uzurpator – wtrącił Gerlok, wyraźnie zaciekawiony tematem rozmowy.
- jak to?
- Kim był, chyba coś robił za nim zostal uzurpatorem.
Ant zamyślił się, wyciagając się na swoim krześle.
- Uzurpator – zaczą po chwili – był jedynym synem starego monarchy. Nie wiem czy wiecie, ale kiedyś w Golandii nie panowal despota. Krol był zalezny od rady i od senatu, rada wybierala sojusze, wydawała wojny, nakazy i zakazy. Krol był jedynie na pokaz. Wszystko zmieniło się gdy dzisiejszy Uzurpator dostal się na tron, od razu wszystko zmienił. Był świetnym dowodca, ludzie go uwielbiali, a był wśród nich ten który dzis idzie przeciw nam, wiecie o kim mówie. Miał pod sobą pięćdziesiąt tysięcy zaprawionych na frontach każdej wojny żołniezy. Dajcie jeszcze ta fajke.
Leokles wstał i podal paląca się fajke, Antowy, tenzaciągną się dlugo, az zakasłal po chwili, chwytając się za brzuch.
- Wporządku?
- Tak.
- Na czym to ja skończyłem?
- Na pięćdziesieciu tysiącach – odpowiedzial Gerlok.
- Kiedy zmarł jego ojciec, walczyl on akurat w Cheeswordzie, z tamtejsza armią, tak na marginesie odnosił zwycięstwo po zwycięstwie. Był bardzo utalentowanym strategiem i miał talent do jednoczenia ku sobie ludzi. Tedy stal się powaznym przeciwnikiem dla państwa. Wiec jak już wspomnialem po śmierci ojca, rada ustaliła by pozbyć się również jego, a na tronie posadzic, męza jego jedynej siostry, strasznego nieudacznika i alkocholika. Wysłano więc za nim trzech zabojcow.
Khe, Khe. Glośny kaszel wdychajacego wlasnie dym Gerloka, przerwal na chwile opowieść.
Ale przerwa nie trwala dlugo, zakończona gestem Gerloka, mówiącym że wszystko jest w porządku.
- Zabujcy ci byli zaprawde doskonal – kontynuował – chodzby wspomne imie Boherta, z kompani Krwawego Laufra.
- Ale nie na niego – nie wytrzymal gerlok.
- To logiczne – odpowiedzial z lekkim usmiechem na twarzy Ant – no ale o tym zaraz. Przyszly uzurpator dowiedzial się o planie, którym rada zamierza go zabic, dowiedzial się tez nazwiska niedoszlych morderców. Wyłapał ich szybkjo i powiesil na wzgorzy, które od tamtego zdarzenia zwane jest wisielczym. Po tym zdarzeniu sam, bez zgody rady podpisał rozejm z Cheesworldem i ruszyl ze swoja armią na Golandie.
- czyli – tym razem leokles nie wytrzymal – żeby nie próba morderstwa to wszystko by zostalo po staremu.
- Możliwe, ale czlowiek ten był bardzo ambitny i wielce było by pewne że mimo wszystko i tak by starał się przejąć wladze nad calym krajem.
Leokles tylko przytakną.
- Gdy wkroczył do Golandii ze swa zawodową armia, od razu dołaczyla do niego ludnośc i wojska stacjonujace na północy kraju, oddano mu wszystkie tamtejsze twierdze. Połódnie jednak nalezalo do Rady, ale tamta armia to byli niedoświadczeni w boju, najczęsciej chłystki, albo rezerwiści. Totez nie sprawili oni problemów doświadczonej armii przyszlego uzurpatora. Po pogromie armii rady, stolica poddała się bez walki, a rada i senat oddaly wladze w jego ręce.
Mlodzi milczeli.
- Wtedy to – mówił dalej Ant – triumfowal również młody utalentowany kapitan uzurpatora, o którym już wcześniej wspomnialem.
- Generał Soldan – odpowiedział leokles.
- Dokładnie, to był dzień chwaly dla tej armii, a dla nas chwila w ktorej winniśmy zacząc czuć się niepewnie. Ale kto wtedy o tym wiedział, wszak uzrpator wydawał się świetnym władcą, a teraz... – urwal na chwile – sami widzicie.

C.D.N. wkrotce
Powrót do góry
 
 
radji



Dołączył: 17 Cze 2002
Posty: 556
Skąd: z Siedlec

PostWysłany: Sob Gru 20, 2003 1:18 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Rozdział 20 "Stary znajomy"

Noc blisko, a droga przedemną daleka, pomyślał czerwony red sztandar poganiając swego konia. Rumak przeszedł po chwili w galop, pedząc wzdłóż piaszczystej drogi. John Dots jest ze mną, pogranicze o którym kraża legendy jest ze mną, razem ida na wojne i będą walczyć u mego boku. Wieżą błekitna, tam mamy się spotkać, tam mamy stworzyć armie która ma isc na Golandie, na Leszka Soldana.
John Dots jest...
Red zastał Johna Dotsa siedzącego za biurkiem. Po jego prawicy lezała oblożone w skóre księga, tytółu której z tej odległości odczytac nie zdołał. Nieco dalej stała na wpoł wypalona świeca, aktualnie zgaszona i kałamarz.
- Powiadomiono mnie że przybedziesz Redzie sztandarze – odezwał się John Dots.
- Ciesze się z tego faktu, nie lubie wpadac nieproszony – odpowiedział Red, wpatrzony w zbiór ksiąg ułozonych niedbale na półkach otaczających pokój – pokaźna kolekcja – dodal po chwili.
- Zbierane przez mego dziada,i pradziada,i tak dalej, reszta kolekcji znajduje się w naszej miejsckiej bibliotece.
- Dobrze wiedzieć – odpowiedział Red, siadajac na krześle naprzeciwko. Nie pytał o zgode zasugerowal się tym, że ustawione puste krzeslo, jest przeznaczone dla gości. Dotsowi nie umkna ten fakt – odwiedze ją w najblizszym czasie.
- Zaskakujesz mnie Redzie sztandarze – zacza po chwili Dots, bawiąc się swoim złotym sygnetem – przychodzisz jako gość, z pytaniem czy stane u twego boku, w twojej wojnie.
Red wzią głeboki oddech i zalożył noge na noge.
- Czego więc się spodziewałeś?
- Odrobine mniej ironii.
Red wzruszył ramionami i odpowiedzial najspokojniej jak tylko mógł.
- Wybacz, już taki się urodziłem. A przyjechałem tu po to by dać ci ciekawa oferte, a nie prosić o pomoc militarną.
Dots wyprostował się w krzesle i spojrzal na niego tak,ze nie trzeba było używac slów, by domyślić się że wódz ma ochote usłyszeć ów propozycje.
- Moja propozycja faktycznie jest związana z wojną – zaczą – pomoc militarna w tej chwili jest faktycznie wskazana.
- Więc jednak – wtrącił John, ale Red nie pozwolil mu skończyć.
- nie jest to prośba, jest to, jakby to ując, dobry interes dla ciebie. Tu na pograniczu ciągle toczy się jakas wojna, tędy jeśli z twoja pomoca wygramy moja wojne, również w twojej zapadnie pozytywne dla ciebie roztrzygniecie.
- Będziesz mógl – mówił dalej Red nie dając dojsc do słowa Dotsowi – przenieśc swój lud na nasze ziemie i tam spokojnie żyć...
- Pod twoja władzą – tym razem udanie wtracił Dots.
- Nie zupełnie, system prawny w nowym państwie był by do omówienia, a zaręczam że będzie on sprawiedliwy dla kazdego kto stanie przy moim boku.
John Dots wyprostowal się w krześle, wykręcil mocno głowe w lewą strone, kości krząknely.
- Polityka – zacza po chwili – mam wiezyć w twoje słowa.
- czemu tędy nie, czy masz inne wyjscie Johnie Dots, nie zatrzymam twojej armii, w kazdej chwili możesz ja wziąśc ze sobą i przenieśc tutaj. A zapewniam ze i tu ci źle nie będzie, wszak nowy ład zapewni pograniczu spokój.
- A jeśli przegramy?
- porażka jest porażką i konczy się jak każda porażka, ale wiedz że ja jeszcze nigdy nie przegralem.
John zamyslił się, pstrykna koścmi u rak.
- Wiele jest niepewnosci w twoim planie Redzie Sztandarze, ale Takeda Shingenkropkos z którym od lat łacza mnie znakomite stosunki na scenie wojny, stwierdziol że wielki z ciebie wojownik i potrafiłeś stanąc po jego stronie kiedy cie potrzebował. Wszak wiem że Takeda wielce zwraca uwage na honor i odwage i nie patrzy w głab ludzkiej mentalnosci i lgarstwa, ale tobie ufam. Stane u twego boku i przybede ze swa potęgo w miejsce które wyznaczysz.
- Cenie to, wiez mi, że nie stracisz jeśli pomozesz mi wygrac ta wojne, a teraz jeśli można mi czas w droge, widze że będę opuszczal twe miasto w dobrych humorze.
John skłonił się nieznacznie, Red wstal i zrobił to samo.
- Za dziesięc dni, spotkajmy się z nasza armia przy...
...przy błekitniej wiezy, za dni siedem. Ale teraz trzeba jechac do Jelenich rogow jeszcze trzy kilometry, a księzyc już prawie wysoko na niebie. Kon nie zwalnial tepa, mimo że galopowal już dobre trzydzieści minut. I nawet skowyt kojota z oddali nie mógl zmienic rytmu ów biegu.
--------------
Jelenie Rogi już spaly gdy Red, wjezdzal truchtem wśród domy. Gdzieniegdzie jeszcze paliły się świece przy oknach, ale i one z wolna gasły, do tego pojawił się wiatr. Konny zsiadł z konia i powoli ruszyl pieszo. Na tle jasno świecocego księzyca widoczy był krzyż, na pobliskiej świątyni, której mury dumnie wznosiły się ku niebu. Red szedl dalej, ku knajpie która raczej otwartą miał ochote zastać i nie pomylil się. Już z oddali dalo się zauwazyć, jedyny budynek w oknach których tlił się płomien, wielu świec. Skierował więc wzrok w tamtym kierunku.
Stajenny nie spał, zabawiał się na sianie z jakąs młódką, red przerwal im te zabawe, głośnym chrząknieciem, bynajmniej nie miał ochoty czekać na koniec zabawy. Dziewczyna chodz było ciemno, zakryła duże, nieco obwisle, chodz na pierwszy rzut oka młode piersi, stajenny załorzyl szybko portki i podszedl do reda.
- A niech znajde na nim chodz siniaka, to dupe skopie, rozumiemy się – powiedział ostro Red.
Stajenny pokiwał głową i odebral lejce od marszałka.
- Ktoś w knajpie siedzi – zapytal po chwili Czerwony
- jeno jak pamietam panie, osmiu meżczyzn wchodziło. Chlopy to nie male, jakiem spojrzal to bokiem przez drzwi wchodzili i glowy pospuszczali.
- Znasz ich?
- A gdzie tam – odpowiedział stajenny głosem już nieco pewiejszym – jakie slońce na niebie, to do wsi weszło ich dwudziestu, chlopy nasze już widly gotowały, boć mysleli ze tu jaka zadyma bedzie, ale wielkoludy owe jedynie o knajpe się spytali. Dwunastu jak jeno pamietam w dalsza droge ruszyło, a reszta w knajpie, jako od tamtej pory siedzi.
- Rozumiem.
- Ja to myśle panie że oni na kogoś czekają, jakiem kolacje jadł tom słyszal oczym oni gadają.
Red spojrzal na niego pytajaco.
- Mowili ze niejaki Czerwony czy jako tam, przejeżdzać tedej będzie i że oni chcą z nim porozmawiać. Nie wiem jeno o co chodzi, ale ja w skórze ów czerwonego nie chcial bym być.
- Mówili cos jeszcze?
- Mowili ze kropkowicze, może zwady szukali, przecie tu Golandia, wszyscy jeno w tej wieze wychowani. Chodz tu jak pan szanowny wie, pogranicze niedaleko, toć ta wiara nie tak mocna.
Red uśmiechna się niedbale.
- Rozumiem chlopcze, tu masz coś by mój koń w dobrych warunkach był tu trzymany i wracaj do panienki.
- dzieki ci panie – odpowiedział stajenny, gdy Red już odwrócił się plecami do niego – niech bóg go ci to wynagrodzi.
Nie minela chwila, jak marszalek schowal się w cieniu, a stajenny wrócił do piersi młodej, chodz nieco grubawej dzierlatki.
Powrót do góry
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.kropki.legion.pl Strona Główna -> Hydepark Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedna  1, 2, 3 ... 10, 11, 12, 13, 14  Następna
Strona 11 z 14

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach




wiadomosci z forum
Polityka cookies